Ks. Aleksander Falzmann

Ks. Aleksander Falzmann


Wspomnienie w sześćdziesiątą rocznicę śmierci

Spoglądając w przeszłość naszego Kościoła znajdujemy historie niewątpliwie ciekawe i postaci, których losy fascynują i budzą uznanie nawet po wielu latach. Pamięć o kolejach ich życia, osiągnięciach bądź niepowodzeniach, nawet tragediach przetrwała niemal wyłącznie w rodzinnych opowieściach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie.

Do wielu takich niesłusznie zapomnianych należy ksiądz Aleksander Falzmann, urodzony w Łodzi niemal u schyłku XIX wieku (24.08.1887), jako syn łódzkiego przemysłowca Alojzego Falzmanna i Emilii Groene. Była to liczna rodzina, a jej losy typowe dla wielu polskich rodzin.

Młody Aleksander początkowo pobierał nauki w łódzkim Gimnazjum Humanistycznym. Zmuszony do zmiany szkoły w związku z jej zamknięciem w 1905 roku z powodu strajku, wyjechał do Kijowa do zamężnej już starszej siostry Janiny Klikarowej i tam zdał maturę. Wkrótce potem (1908 ) zapisał się na Wydział Teologiczny Uniwersytetu w Dorpacie. Wykorzystał ten czas nie tylko na naukę. Musiał widać odwiedzać pobliskie parafie ewangelickie (być może w ramach studenckich praktyk), w jego papierach znalazł się bowiem album ze zdjęciami pastorskich rodzin i - może już nieistniejących - kościołów.

1 września 1912 był dniem ostatnich egzaminów Aleksandra Falzmanna a w pierwszą niedzielę Adwentu tegoż roku w kościele Św. Jana w Łodzi został on ordynowany przez superintendenta Juliusza Burschego, z którym później połączyła go bliska współpraca i podobny los. Młody ksiądz pozostał w łódzkim kościele jako wikariusz i ożenił się z Łucją Seiler. Wkrótce doczekali się potomka - syna Karola.

Pierwszą samodzielną parafią Aleksandra była parafia obejmująca Pułtusk i Mławę, którą administrował od 1914 roku. Wojna sprawiła, że już rok później - w 1915 - musiał ją porzucić. Kiedy władze rosyjskie wysiedliły w głąb Rosji ewangelików z okolic Warszawy, Pułtuska i Mławy, ich duszpasterz pospieszył za nimi na dobrowolne wygnanie, by nie pozostawiać wiernych bez opieki duchowej.

Wraz z końcem wojny i odradzaniem się państwa polskiego w naszym Kościele ścierały się dwie tendencje. Zwolennicy pierwszej pragnęli podporządkowania kościoła polskiemu zwierzchnictwu, inni zaś niemieckiemu. Gorącym orędownikiem tej pierwszej był ks. Juliusz Bursche, który też doprowadził do połączenia ewangelików trzech zaborów i poddania ich władzy polskiego Konsystorza. Jednak w czasie, kiedy ks. Falzmann wracał z Charkowa (1918) spory trwały, dlatego musiał stoczyć dłuższą walkę z samozwańczym niemieckim Konsystorzem, aby objąć swą dawną parafię w Pułtusku. Z nazwiska i pochodzenia Niemiec, czuł się ksiądz Polakiem i jako taki podzielał poglądy ks. Burschego o polskim charakterze Kościoła Ewangelicko - Augsburskiego w Polsce. Zwykł był mawiać, że dla ewangelików przybyłych wprawdzie z Niemiec, ale od wieków mieszkających w Polsce, jest ona prawdziwą ojczyzną.

Jeszcze w Pułtusku, w 1919 r. pastorostwo Falzmannowie cieszyli się narodzinami kolejnego dziecka, tym razem córki, której dano na imię Irena. Wkrótce przenieśli się do Zgierza, miejsca narodzin najmłodszej z rodzeństwa - Iny Falzmann.

Ksiądz wraz z rodziną znalazł się w podłódzkim Zgierzu w 1920 roku po odejściu dotychczasowego duszpasterza parafii ewangelickiej - ks. Karola Seriniego na Katedrę Teologii Ewangelickiej Uniwersytetu Warszawskiego. Zgłosił wówczas swoją kandydaturę i jako ksiądz-Polak został wybrany.

W Zgierzu, podobnie jak w Łodzi, istniała wówczas liczna mniejszość niemiecka. Byli to głównie włókiennicy przybyli z Niemiec w XIX wieku w związku z rozwojem przemysłu. Wprawdzie zasiedziali od lat, kultywowali jednak swoje narodowe tradycje. Niemiecka okupacja podczas I wojny i podejmowane wówczas próby podporządkowania Kościoła ewangelickiego na okupowanych terenach niemieckiej hierarchii kościelnej na pewno zaogniły sytuację.

W nowo objętej parafii grupa niemieckich wyznawców utrudniała pracę nowemu duszpasterzowi, pragnąc niemieckiego zwierzchnictwa. Stosunki jeszcze się pogorszyły w okresie Synodu Konstytucyjnego (1922/1923), gdy zgierski proboszcz pełnił funkcję jednego z jego czterech sekretarzy. Wyraźnie zarysował się wówczas konflikt na tle narodowościowym, grożący nawet wewnętrznym podziałem Kościoła.

We wspomnieniach rodziny ks. Falzmanna wciąż powraca temat trudnej współpracy z parafianami - Niemcami, a przecież myliłby się ten, kto by sądził, że pastor-Polak odmawiał posług religijnych w ich ojczystym języku. Nabożeństwa odprawiano w języku niemieckim, podobnie prowadzone były godziny biblijne, szkółka niedzielna i lekcje przedkonfirmacyjne. Dla niewielkiej grupy ewangelików - Polaków tylko raz w miesiącu odbywało się nabożeństwo po polsku. Natomiast lekcje religii dla uczniów szkół ponadpodstawowych były prowadzone tylko w języku polskim na terenie Gimnazjum im. S. Staszica.

Praca i postawa ks. Falzmanna zyskały uznanie władz kościelnych. Dzięki zaufaniu, jakim go darzono, Konsystorz powołał go na stanowisko kierownika Szkoły Ewangelistów (1925-1930) z siedzibą na terenie parafii w Zgierzu. Już w rok po jej powstaniu obradowała tam pierwsza ewangelicko - luterańska konferencja ewangelistów, na którą przybyli liczni księża z generalnym superintendentem ks. Juliuszem Burschem na czele. Wzięli w niej również udział uczniowie zgierskiej szkoły.

Ksiądz Aleksander Falzmann był bardzo aktywnym człowiekiem. Stale współpracował z wszystkimi organizacjami działającymi na terenie parafii, m.in. z Kołem Pań, Panien i Młodzieńców. Prowadzony był też dom starców, dom sierot i ochronka. Nadal odbywały się próby chóru pod dyrekcją kantora Kruschego. Była to kontynuacja działań podejmowanych jeszcze przez poprzedniego księdza - Karola Seriniego.

Zwracając uwagę na rozwój duchowy parafian, ich duszpasterz powołał do życia Społeczność ewangelicko - luterańską (1925), którą prowadzili misjonarze: Lerle a później Schendel.

Trudne stosunki w narodowościowo niejednolitej parafii bynajmniej nie ułatwiały pracy księdzu Falzmannowi, tym bardziej że wytrwale przeciwdziałał silnym tendencjom proniemieckim znacznej grupy parafian. W uznaniu jego zasług na tym polu Rząd Polski odznaczył go Złotym Krzyżem Zasługi (1933).

Przez jakiś czas zastanawiał się nad propozycją objęcia parafii w Mikołowie. Na Górnym Śląsku wakowały bowiem miejsca w parafiach, których duszpasterze - Niemcy wyjechali z Polski po wygaśnięciu w 1937 r. konwencji genewskiej *1. Ostatecznie jednak pozostał za zgodą Konsystorza w zgierskiej parafii aż do końca.

Tymczasem koło historii toczyło się coraz szybciej, choć życie na pozór szło swoim trybem. Ceniony za swą postawę ks. Falzmann jako jeden z ośmiu Polaków został wybrany przedstawicielem duchowieństwa w Synodzie (7 pozostałych miejsc przeznaczono dla Niemców) a rok później (1938) radcą Konsystorza.

Jeszcze w 1937 roku miała miejsce uroczystość 25-lecia pracy duszpasterskiej i 50 rocznica urodzin. Wśród wielu składających gratulacje nie zabrakło przedstawicieli niemieckich parafian. I oni złożyli życzenia swemu duszpasterzowi, który parafrazując znane porzekadło, odparł: Jak widać nie taki Falzmann straszny, jak go malują.

3 września 1939 roku bomby spadły na zgierski kościół. Szukając liturgicznych naczyń wśród gruzów, ksiądz powiedział do rodziny, że koniec kościoła w Zgierzu, to i początek jego końca.

Po wkroczeniu wojsk niemieckich do Zgierza, ewangelickiego duchownego uwięziono wraz z grupą zakładników w kościele Św. Katarzyny. Tym razem jeszcze go uwolniono. Niestety już 28 września ponownie aresztowany przez gestapo, został osadzony w łódzkim więzieniu przy ulicy Arnstadta. Bał się o rodzinę, dzieci. Prosił żonę, aby pod żadnym pozorem nie przychodziła na widzenia z córkami. Syn był już wtedy w oflagu.

W licznych przesłuchaniach jako zarzut stawiano księdzu bliską współpracę z biskupem Burschem. Nie pomogły żadne starania i nie mogły pomóc, skoro w korespondencji z gestapo, przy nazwisku Falzmann już po wojnie znalazł ks. W. Gastspary notatkę: Nie może być pod żadnym warunkiem zwolniony. I nie został - w lipcu 1940 przewieziono go do Dachau, potem Oranienburga, wreszcie w grudniu tego samego - 1940 roku- wraz z wszystkimi księżmi ponownie do Dachau.

Włączono go do karnej kompanii i często poddawano przesłuchaniom na tzw. oddziale politycznym. Po karze słupka cierpiał na niedowład ręki. Podobno zaszczepiono mu też flegmonę.

W pieczołowicie przechowanych przez rodzinę listach z obozu ks. Falzmann pisał: Tęsknię za Wami z każdym dniem coraz bardziej .Kiedy się zobaczymy?! Głęboka wiara i miłość do bliskich zapewne sprawiły, że prowadzona przez niego wspólna modlitwa w baraku księży była jedną z nielicznych - spokojnych. Zwykle bowiem SS-mani przerywali je szyderstwami, a później szczególnie znęcali się nad prowadzącym je duchownym. Tym razem po żarliwej modlitwie, w której ksiądz wspominał bliskich i domy rodzinne strażnik poniechał kary.

W kwietniu 1942 roku ksiądz Falzmann został znów poddany ostrym przesłuchaniom i torturom, po kolejnych powiedział współwięźniowi - zgierzaninowi, że następnego chyba nie przeżyje. Zbitego, wyrzuconego z oddziału politycznego zabrali do swego barku księża katoliccy. Po następnym już nie wrócił do swych towarzyszy.

4 maja 1942 roku ks. Aleksander Falzmann ,zbyt wycieńczony, by pracować, został włączony do transportu do komory gazowej. Zdając sobie sprawę, co go czeka, zmarł na wózku na atak serca.

Rodzinie odmówiono wydania prochów. Na cmentarzu ewangelickim w Zgierzu istnieje jedynie pamiątkowy krzyż ustawiony przez parafian.


*1. Konwencja niemiecko-polska z 15.05.1922 roku dotycząca Górnego Śląska, normująca życie polityczne, gospodarcze i kulturalnej obszarów, o których przynależności państwowej zadecydował plebiscyt z 1921r. Dawała duże swobody mniejszościom narodowym. Po jej wygaśnięciu duchowni, którzy nie przyjęli polskiego obywatelstwa wyjechali do Niemiec.

Opracowanie:

Joanna Korsan